niedziela, 1 grudnia 2013

Kroki


   Kiedy myślę, czy rozmawiam o miłości nawet ja, taki mól książkowy i wieczna kujonka nie potrafię podać jednoznacznej definicji. Dla mnie miłość jest wtedy, kiedy znasz kogoś do tego stopnia, że poznasz go nawet z oddali, po samym stylu chodzenia. Że rozpoznasz odgłos jego kroków na schodach, kiedy do ciebie idzie i ten odgłos będzie powodował, że twoje serce przyspieszy jak po sprincie. Gdy w jego oczach widzisz cały swój świat. A kiedy czujesz na sobie jego dotyk rozpadasz się na tysiące kawałeczków i płoniesz... Bo tak właśnie było z nami.  I wiem na pewno, że to była miłość. Myślę, że oboje wiedzieliśmy to już wtedy, na naszym ostatnim roku w Hogwarcie.
    Poznaliśmy się w pociągu. On był odrobinę przestraszony, ale na pewno nie bardziej niż ja. Starał się emanować pewnością siebie i bardzo mi tym wtedy zaimponował. Zapytałam go, do którego domu chciałby zostać przydzielony, a on uniósł podbródek i powiedział, że od lat wszyscy Malfoyowie trafiają do Slytherinu. Był z tego taki dumny, a ja skrzywiłam się w duchu, bo co nieco już w końcu przeczytałam o domach w Hogwarcie. Uśmiechnął się do mnie, odgarnął blond grzywkę i wygłosił mi swoją pierwszą przemowę o czystości krwi i szlamach. Pierwszy raz nie wiedziałam, o czym ktoś do mnie mówi i jak głupia przyznałam mu rację, następnie ruszając w dalszą przechadzkę po pociągu. Dopiero kilka dni później po kilkugodzinnych poszukiwaniach w bibliotece dowiedziałam się, o czym mówił i poczułam się jak totalna idiotka. Mogłam tylko liczyć na to, że nie będę mu się zbytnio rzucać w oczy, w końcu to taki wielki zamek... Ale jak zwykle w takich sytuacjach nie miałam szczęścia.
    Spotykałam go cały czas, jakby robił to specjalnie. Jego kroki budziły we mnie niepewność. Wtedy nic do mnie nie mówił. Pozwalał mi spokojnie przeżywać moje spotkanie z magią. Myślałam, że tak będzie zawsze. I choć było mi przykro, że on nie rozmawia ze mną tylko dlatego, że pochodzę z mugolskiej rodziny jakoś byłam w stanie się z tym pogodzić. Nie on jeden mnie w końcu nie lubił... Wszystko zmieniło się po tej głupiej akcji z trollem, kiedy zaprzyjaźniłam się z Harrym i Ronem. I chociaż nie byłam już sama, było coraz gorzej. Draco wodził za mną wściekłym spojrzeniem, a potem przeszedł do stałych konfrontacji z nami. On i ci jego dwaj goryle byli wtedy moją największą zmorą. Odgłos jego kroków wzbudzał we mnie strach i niechęć. A Draco nie przepuścił żadnej okazji by mnie pognębić.
    Role odwróciły się, kiedy zabito Hardodzioba. Nie mogłam znieść tego, że to właśnie on, ze wszystkich ludzi, do tego doprowadził i kiedy zobaczyłam, jak bardzo jest z siebie zadowolony po prostu nie wytrzymałam. Rzuciłam się na niego z pięściami i potraktowałam go perfekcyjnym prawym sierpowym, którego nauczył mnie tata. Widziałam ten szok odmalowany na jego twarzy i od razu poczułam wyrzuty sumienia, które zaraz zostały ucieszone przez gratulacje chłopaków. Po tej sytuacji dał mi spokój. Dalej walczył z Ronem i Harrym, ale mi zostawił wolną rękę. Myślę, że mimo wszystko on nigdy nie chciał, by coś mi się stało. Wtedy, w pociągu, los połączył nas jakąś cienką nicią porozumienia, której żadne z nas nie chciało przerywać, choć byłoby to najrozsądniejszym wyjściem.
    Gdy wraz z Potterem i Weasleyem dostaliśmy się w ręce Śmierciożerców, którzy zabrali nas do Malfoy Manor, jedynym o czym mogłam myśleć, był fakt, że właśnie tam mieszkał i wychował się znajomy Ślizgon. Cały czas miałam przed oczami jego twarz i zastanawiałam się, czy on też jest tu obecny. Potem nadszedł czas na tortury. Kiedy Bellatrix rzuciła na mnie Cruciatusa i zaczęłam zdzierać gardło w dzikim wrzasku on przybiegł w szoku. Widziałam, jak wyrywa się, by mi pomóc, lecz Narcyza trzymała go mocno, by nie zrobił głupoty. Udało mi się uciec, ale jego zbolała twarz miała utkwić mi w głowie na wieki.
    Kiedy podczas bitwy rzucił tarczę, dzięki której uniknęłam lecącego na mnie zaklęcia, którego nie zdołałam zauważyć, zrozumiałam, że przez ten cały czas on nie był taki, na jakiego się kreował. Nie był taki, jak chciał jego ojciec, był sobą. I właśnie on mnie uratował. Tylko jemu zawdzięczam moje życie. Całą bitwę trzymał się w odległości zaledwie kilku kroków ode mnie, by móc mnie pilnować i będę mu za to wdzięczna do końca.
    Potem, po wojnie wróciliśmy do Hogwartu i kazano nam zamieszkać razem, jako nowym prefektom naczelnym. Nasłuchałam się wtedy wyrazów współczucia, ale wewnątrz mnie eksplodowała radość. Wbrew wszystkiemu było nam świetnie razem. Po śmierci ojca Malfoy bardzo się zmienił. Uwielbiałam te chwile, gdy po ciężkim dniu kładłam się do łóżka i udawałam, że śpię, a on po cichu, na boso skradał się do mojego pokoju tylko po to, by na mnie popatrzeć, pogłaskać po głowie, czy szczelniej otulić kołdrą. Czasami udawałam, że mnie obudził, a wtedy siadaliśmy razem po turecku i rozmawialiśmy całymi nocami. To zaczęło być naszym rytuałem i jego ciche kroki to było coś, na co czekałam z niecierpliwością przez cały dzień. Aż wreszcie nadszedł koniec. Pożegnanie z Hogwartem, pożegnanie z Draco.
    Rok, który spędziłam na praktykach u Minerwy był najgorszym rokiem mojego życia. Nie mogłam spać, cały czas wsłuchując się w odgłosy nocy, czekając na jego kroki, które nie miały prawa zabrzmieć. Brakowało mi go, ale przecież nie mogłam się do tego przyznać... Potem zaczęłam pracować w Ministerstwie Magii, tak, jak wszyscy tego oczekiwali od Świętego Trio. Trafiłam do Departamentu Przestrzegania Prawa, a moje kulawe szczęście sprawiło, że moją pierwszą sprawą był nie kto inny, jak sam Draco Malfoy, który w stanie upojenia alkoholowego aportował się z samego centrum Londynu, za świadków tego zdarzenia mając sześciu mugoli.
    Na rozprawę stawił się punktualnie. Ubrany był w elegancki garnitur, a towarzyszył mu podstarzały prawnik. Wyglądał na skruszonego całą tą sprawą, a przynajmniej tak było, dopóki nie zobaczył, kto prowadzi jego sprawę. Na jego twarzy odmalował się szok, a potem szeroki uśmiech.
    - Granger, nie sądziłem, że nasze drogi jeszcze się zejdą...
    - Tak, cóż... Przykro, że sprawiłam ci zawód.
    - Zawód? Od roku próbuję cię znaleźć, ale zapadłaś się pod ziemię! Od kiedy pracujesz w Ministerstwie?
    - Przyszłam dopiero w tym tygodniu. Jesteś moją pierwszą sprawą - obdarzyła go surowym spojrzeniem podpatrzonym u McGonagall.
    - Słuchaj, strasznie mi głupio, że tak wyszło z tymi mugolakami, ale już nic na to nie poradzę. Byłem pijany, nie panowałem nad sobą.
    - Mogłeś się rozszczepić - przeszyła go wzrokiem.
    - Martwisz się o mnie?
    - Nawet nie wiesz jak... - mruknęła zalotnie, pochylając się w jego stronę.
    Wtem ich moment przerwał prawnik blondyna, który odchrząknął znacząco, usadził Dracona na fotelu i wyjął plik papierów.
    - Jeśli można, chciałbym rozpocząć negocjacje odnośnie ukarania mojego klienta.
    - Cóż, według prawa pan Malfoy - spojrzała na niego spod rzęs - powinien przepracować po 20 godzin prac społecznych za każdego z mugoli, którym trzeba było zmienić pamięć.
    - Granger, proszę, oszczędź mi tego...
    - W takim razie, co możesz mi zaoferować w zamian?
    - Hmmm... - arystokrata udał, że się namyśla. - Może randkę?
    - Czy ja wiem? Nie wydaje mi się, żeby to była wystarczająca rekompensata..
    - Przepraszam państwa, widzę, że moja obecność nic tutaj nie wniesie - mruknął prawnik. - Panie Malfoy, będziemy w kontakcie.
    - Tak, tak, Gatsby. Możesz odejść.
    - Więc co z tobą zrobimy? Co, Malfoy?
    - Trzy randki? Trzy randki i dofinansowanie na badania Ministerstwa?
    - Czy ty próbujesz przekupić urzędniczkę?
    - Może trochę?
    - A wiesz, że za to grozi ci dodatkowe 100 godzin?
    - Możliwe, ale to gra warta ryzyka - roześmiał się.
    - Dobra, niech ci będzie. Masz trzy randki, żeby udowodnić, że nie zrobiłam błędu odpuszczając ci. Do zobaczenia, Malfoy.
    - Do zobaczenia, Granger.
    W tym samym tygodniu zabrał mnie na obiecane randki. Pierwsza z nich była kolacją w ekskluzywnej restauracji, druga wycieczką do zoo, a trzecia wieczorem w teatrze. Potem z tych trzech randek szybko wynikło siedem następnych, potem kolejne dwadzieścia, a chwilę później mieszkaliśmy już razem. Znów mogłam słuchać jego kroków, gdy wchodził do domu na werandzie otrzepując buty z błota, gdy wbiegał po schodach, żeby sprawdzić, czy jestem w domu, czy gdy skradał się po cichu, chcąc mnie zaskoczyć. To były cudowne czasy, kiedy beztrosko spędzaliśmy czas razem, z daleka od wszelkich trosk. Oczywiście do czasu. Do czasu, gdy Ministerstwo wysłało go na przeszpiegi do Bułgarii, gdzie podobno miała powstawać nowa armia czarnoksiężników. Nie było go przez kilka tygodni, a w domu zapanowała ta nieznośna cisza. W końcu wrócił, ale był tak poturbowany, że nawet nie mógł chodzić. Wtedy można było usłyszeć tylko obcobrzmiące kroki należące do magomedyków przewijających się po mieszkaniu. Ale przynajmniej wiedziałam, że już nic mu nie grozi. Że w końcu usłyszę jego kroki.
    I tak się stało. Pewnego dnia, gdy wróciłam po pracy usłyszałam, jak schodzi do mnie na dół. Jego chód był jeszcze niepewny i powolny, ale zdecydowanie brzmiał cudownie. Poczekałam na niego u stóp schodów, a kiedy zszedł uśmiechnął się do mnie, złapał za rękę i zaprowadził do jadalni, gdzie przygotowana była kolacja. Usiadłam przy stole, szczęśliwa, że wszystko wraca do normy. Lecz Draco miał inne plany. Podszedł do mnie, klęknął i zapytał:
    - Hermiono Granger czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
    Po raz kolejny sprawił, że poczułam się jak idiotka, gdy zwyczajnie zalałam się łzami i drżącymi ustami wypowiedziałam:
    - Tak.
    Wiedziałam już, że to znaczy, że będę słuchać jego kroków aż do śmierci. I to było coś, dla czego warto było żyć. Nadal warto...